10 lis 2014

Nowości października

Dzisiaj przychodzę do Was z nowościami kosmetycznymi, jakie wpadły do mnie w tamtym miesiącu. Zdjęcia będą niestety na różnych tłach, bo zostały wykonywane w różne dni (przy okazji testuję nowe tło), ale mam nadzieję, że to nie ma dla Was większego znaczenia :)


Na początek moje małe i skromne zakupy.
Jakiś czas temu skończyła mi się pasta BlanX, o której pisałam tutaj i która dawała ładny wybielający efekt na moich zębach. Będąc w Hebe postanowiłam wrócić do niej i wrzuciłam na zapas od razu dwa opakowania. Sięgnęłam również po pomadkę nawilżającą z Nivei, bo lubię je nosić w kieszeniach kurtek, do szybkiego maziania w ciągu dnia. Wybrałam wersję watermelon, która bardzo ładnie pachnie i daje lekki kolor na ustach. Skończył mi się dezodorant, więc chwyciłam po Rexonę.



Kolejne zakupy są z Rossmanna, gdzie weszłam właściwie tylko po tonik, bo ten z Urody dobił już dna. Z ciekawości wzięłam tonik Bioalesowy z Ziaji, bo nie miałam jeszcze styczności z tonikami tej firmy. Korzystając z promocji na Tołpę wzięłam też kwiatową mgiełkę do twarzy, na którą czaiłam się już od dłuższego czasu. Będzie idealna do odświeżenia twarzy w ciągu dnia i powędruje do mojej torebki. Do koszyka wrzuciłam tez pomadkę rumiankową Alterry, bo moja kuracja na rzęsy nadal trwa! W grudniu możecie spodziewać się kolejnej aktualizacji :)



Początkiem października sklep Minti Shop zorganizował 15% promocję na kosmetyki Makeup Revolution. Byłam bardzo ciekawa zwłaszcza matowych pomadek do ust (to te, które wyglądają jak błyszczyki) i zdecydowałam się na 3 kolory. Muszę powiedzieć, że niestety nie jestem z nich zadowolona. No chyba, że muszę je ugryźć z innej strony? Dorzuciłam też pomadkę do ust, dwa róże w kremie i bazę pod cienie. Myślę, że za niedługo będziecie mogli poznać moją opinię na temat tych kosmetyków, bo wiem, że nadal Was kuszą.



Kolejne kosmetyki jakie wpadły mi w ręce pochodzą ze spotkania Secrets of Beauty, na którym miałam przyjemność uczestniczyć właśnie w październiku. Są to dwa kremy Phenome z serii Milky Almond. Pierwszy, to krem przeznaczony do rąk, a drugi to masło do ciała. Oba te kosmetyki są na bazie masła shea i są przeznaczone do skóry suchej, a dodatkowo ich składniki są w 99% naturalne. Będzie to moja pierwsza styczność z kosmetykami Phenome. Wiedzieliście, że to polska firma?



Te 3 kosmetyki od firmy Gosh, to nowości marki, które niedawno weszły do sprzedaży. Lakier do paznokci został zainspirowany książką 50 twarzy Greya, a jego odcień to Night Sky, który rzeczywiście wygląda jak rozgwieżdżone niebo nocą :) Prime'n set to transparentny puder do twarzy, który przeznaczony jest do użytku jako baza pod makijaż mineralny, lub jako wykończenie na podkład płynny. Ma on gwarantować matowe wykończenie makijażu i zmniejszoną widoczność porów. Kredka, którą widzicie to wodoodporny cień do powiek o metalicznym wykończeniu w kolorze 03 Light Copper, czyli jasna miedź. Po prawej to już mój zakup - podkład mineralny z Annabelle Minerals w odcieniu Natural Fair i całkiem spora próbka innego odcienia.



Zestaw miniatur z Joico zawiera szampon, odżywkę i serum wykończeniowe do włosów, natomiast miniatury ze Svea to szampon, odżywka i żel pod prysznic. Myślę, że przydadzą się w razie weekendowego wyjazdu, chociaż nie sądzę, żeby jakiś za niedługo się szykował, więc pewnie sobie poleżą :P



Kolejnych nowości jestem bardzo ciekawa. Pierwsza z nich to krem do twarzy Biolonica, który zawiera komórki macierzyste z jabłek. Jest to wersja limitowana i z chęcią go zużyję :) Jego nazwa została wzięta od nazwy spotkania, a sam krem został wybrany przez blogerów spośród 3 różnych wariantów. Bardzo interesuje mnie też serum nawilżające do twarzy Alissa Beaute, Bio Active - Baobab, które zawiera ekstrakt z orzechów drzewa baobabu, beta karoten, witaminę C, aminokwasy i kwas tartarowy. Serum ma wykazywać silne działanie antyoksydacyjne, regeneracyjne i delikatnie złuszczające. Już się nie mogę doczekać :) Trzeci kosmetyk to również serum, a właściwie eliksir intensywnie regenerujący i odnawiający skórę z Purles.



Aby jesienne wieczory stawały się jeszcze milsze (tu pisałam jak je sobie umilić) w kominku będę palić woski od Craft'n'beauty. Ich zapachy to: Soczyste winogrono, Granat w blasku księżyca i Magiczny Eliksir. Będę peelingować swoje dłonie peelingiem od BLC SPA i masować się olejkiem od Evree. Olejek już zaczęłam używać i wprowadziłam do swojego codziennego rytuału masaż twarzy, który mam nadzieje przyniesie jakieś pozytywne skutki.



W zeszłym miesiącu otrzymałam do testów białą glinkę, hydrolat lawendowy i olej sezamowy z Manufaktury Kosmetycznej. Pierwszy raz mam styczność z glinką i z hydrolatem, bo po oleju raczej wiem czego się spodziewać. Glinka już poszła w ruch i bardzo podoba mi się jej działanie, ale na pełną recenzję jeszcze troszkę poczekajcie. Otrzymałam również turban termalny HairSpa




W Biedronce znalazłam taką świeczkę w kwadratowym szkle o zapachu Białe Kwiaty. Wypaliłam ją dosyć szybko, bo tak pięknie pachniała. Jej zapach był niemal identyczny jak odświeżacz powietrza o tym zapachu z Air Wicka!

Chciałam w tym miejscu napisać, że listopad ogłaszam miesiącem bez zakupów kosmetycznych, ale Rossmann właśnie dziś zaczął promocję 1+1 a ja wybieram się po pomadki Rouge Edition Velvet :) Więc nic z tego :P



6 lis 2014

Co umila mi jesień?

Wiecie co? Na początku ten post miał być zatytułowany "Za co lubię jesień?", ale stwierdziłam - przecież ja nie lubię jesieni!
Za każdym razem, kiedy odchodzi lato i przychodzą coraz chłodniejsze dni jestem zła, bo tęsknię za upalnymi dniami i słońcem. Wraz z nadejściem jesieni przychodzą krótsze, szare dni, często pada i jest melancholijnie, a ja jestem osobą, która kocha słońce i w ogóle to mogłabym zamieszkać tam, gdzie lato panuje cały rok.



Kiedy tak zastanawiam się, czy jest coś pozytywnego w tej porze roku, stwierdzam, że tak! Nie zawsze przecież musi padać jesienią, a zimno nie musi przychodzić od razu. Jest kilka takich rzeczy, czynności, czy smakołyków, które potrafią mi umilić tę porę roku. Dlatego dzisiaj chciałam Wam opowiedzieć w kilku punktach co umila mi tą chłodną i szarą jesień :)


1.  Kolor liści i jesienne widoki


Nasza polska jesień potrafi być na prawdę piękna. Pod warunkiem oczywiście, że dni są słonecznie, nie pada i nadal możemy cieszyć się cieplejszymi dniami. Żółto czerwone liście spadające z drzew i tworzące barwny dywan potrafią stworzyć klimatyczny nastrój. Ciepła pogoda i takie widoki nastrajają do jesiennych spacerów w otoczeniu spadających żołędzi i kasztanów. Jeśli chodzi o spacery to wczoraj wykorzystałam piękna pogodę i wybrałam się do lasu, by złapać te ostatnie, ciepłe promienie słońca. Powyższe zdjęcie to efekt mojej zabawy z aparatem :) 


2.  Chusty i szaliki


 Źródło: flickr.com

Nie wiem jak Wy, ale ja bardzo lubię opatulić się ciepłym, wełnianym szalem, albo kolorową chustą. Jestem strasznym zmarzluchem i jeżeli moja szyja nie jest opatulona, to będzie mi zimno. Poza tym, takie chusty i ciepłe szale ożywią każdy ciemny płaszcz, dodając trochę koloru w naszym wyglądzie. Uwierzycie, że dopiero w tym roku kupiłam sobie swój pierwszy komin?  Do tej pory szaliki w mojej szafie miały standardowy krój, ale teraz widzę, jak łatwy w "obsłudze" jest komin. Nawet nie trzeba patrzeć w lustro! :)


3.  Mandarynki


 Źródło: foter.com

Mandarynki to oprócz czereśni owoce, które mogę pochłaniać w dużych ilościach. Kiedy tylko zaczyna się sezon na mandarynki kupuję je i zjadam na okrągło. Ich zapach, który towarzyszy nam podczas obierania, kojarzy mi się z nadchodzącymi Świętami. Też tak macie? :)


4.  Gorące napoje


Źródło: foter.com

Mimo, że herbatę piję cały rok, to w jesień ma ona inny wydźwięk. Wtedy służy nie tylko do napicia się, ale także do ogrzania po przyjściu do domu z długiego spaceru. W okresie jesiennym piję dużo herbaty - około 4 kubków dziennie. Zazwyczaj piję earl grey, pokrzywę, zieloną lub malinową herbatę. Mam w domu domowej roboty soki, które często dodaję do herbaty, a aktualnie najczęściej jest to sok z pigwowca. Taka herbata jest na prawdę pycha!
Za to gorące kakao na mleku jest czymś co lubię pić wieczorem. Przyzwyczaiłam się do jego smaku bez cukru i nie dosładzam, by nie dodawać sobie dodatkowych kalorii.



5.  Wieczorne seanse filmowe


Źródło: flickr.com

To właśnie krótsze, jesienne dni powodują, że lubię wieczorem włączyć jakiś dobry film, lub kolejny odcinek serialu. Najlepiej z kubkiem gorącej herbaty w ręce, frotowych skarpetach i owinięta kocem :) Nie wolno mi wtedy przeszkadzać, bo zawsze wczuwam się w film, przeżywam i włączam emocje. Wyglądam jak kokon zawinięty w koc, z którego wystaje tylko głowa. No ale.. jestem zmarzluchem :)
Może polecicie mi jakieś godne uwagi filmy, lub seriale? 



6.  Świeczki zapachowe i woski


 Źródło: flickr.com

U mnie sezon na woski rozpoczyna się właśnie wraz z nadejściem jesieni. W lecie ich nie palę, dlatego tym bardziej mają dla mnie swój klimat. Ogień w małym kominku, czy w zapalonej świeczce, wraz z rozpływającym się po pokoju aromatem tworzą pełen harmonii i spokoju jesienny wieczór. Najlepiej, żeby były to ciepłe i słodkie zapachy, które kojarzą mi się z tą porą roku. Czasami dla odmiany, by powrócić myślami do lata palę świeże i owocowe zapachy, które przenoszą mnie w myślach do upalnych dni. Zdarza się, że w pokoju gaszę światło, a płomień świecy rozprasza mrok tańczącym światełkiem.


8.  Inna pielęgnacja ciała

 Źródło: foter.com
 
Nie mogło tu zabraknąć wątku kosmetycznego! Bo jak :) Jesienią moja skóra od ogrzewania i większej ilości chloru we wodzie robi się bardziej przesuszona. Sięgam wtedy po bardziej treściwsze kosmetyki i zamieniam balsamy na masła i wprowadzam olejki do ciała. Tak się składa, że bardzo lubię takie gęste konsystencje, a wklepywanie ich w moja skórę po każdej kąpieli jest dla mnie przyjemnością! 



7. Bo zaraz będą Święta


Źródło: flickr.com
 
Kiedy jesień zadomowi się u nas w najlepsze, jedyną rzeczą na jaką czekam i do której odliczam dni są Święta. Mają one swój niepowtarzalny klimat. I mimo, że do Świąt zostało jeszcze trochę czasu, to właśnie myśl o nich, pozwala mi przetrwać coraz zimniejsze i krótsze dni. Zaraz przecież zaczną pojawiać się w sklepach pierwsze Mikołaje, bombki, światełka i ogarnie nas szał zakupów. A czyż to nie jest wspaniałe?


Ciekawa jestem, czy Wy też, tak jak ja nie lubicie jesieni i umilacie ją sobie konkretnymi gadżetami, spędzaniem czasu w jakiś miły sposób, lub smacznym napojem? Koniecznie mi napiszcie jak Wy radzicie sobie z jesienną chandrą i co u Was wywołuje uśmiech o tej porze roku :)


31 paź 2014

Turban termalny HairSpa

Wszystkie wiemy, że aby maska czy olej na naszych włosach zadziałały jeszcze lepiej potrzeba trochę wyższej temperatury. Zakładamy wtedy ręcznik na głowę, a w trakcie ocieplamy go powietrzem z suszarki. Ręcznik czasem spada z głowy a podgrzewanie go suszarką jest męczące. Mogłybyśmy przecież tylko siedzieć w wygodnej pozycji i czekać aż maska będzie działać sama. Czy to możliwe?
Aby ułatwić nam ten proces firma HairSpa wyszła na rynek z nowością, którą jest turban termalny. Jakiś czas temu otrzymałam od firmy taki turban do przetestowania, a dzisiaj chciałam Wam troszkę o nim opowiedzieć.



W skład zestawu wchodzi niebieski turban wykonany z mikrofibry, foliowy czepek z gumką oraz 3 podwójne żelowe wkłady.




 Jak widzicie turban posiada trzy przegródki zapinane na rzepę, do których należy włożyć podgrzane żelowe wkłady.
Torebki z żelami należy podgrzewać w gorącej, ale nie wrzącej wodzie, najlepiej zrobić to w misce z wodą. Jej optymalna temperatura powinna wynosić ok 80 stopni, a czas nagrzewania do 10 minut. Po tym czasie osuszamy żele i wkładamy je w przegródki zabezpieczając rzepą.
Tak zmontowany turban zakładamy na głowę i poddajemy się chwili relaksu.



Całość wydaje się banalnie prosta i taka też jest. Turban z wkładkami żelowymi długo utrzymuje ciepło, więc spokojnie możemy posiedzieć z maską czy olejem na włosach nawet pół godziny. Ciepło, które oddaje sprawia, że nasza maska działa ze zdwojoną siłą, jeszcze bardziej nawilżając i odżywiając nasze włosy. Dodatkowo, jest to chwila relaksu, bo podczas siedzenia z turbanem na głowie jest ciepło i przyjemnie. Turban dobrze się trzyma na głowie, nie spada i mimo żelowych wkładek nie ciąży. Jest nie tylko fajnym sposobem na odżywienie włosów, ale także na relaks w przyjemnym cieple.
Taki turban spokojnie możemy prać w pralce, oczywiście po wyjęciu z niego wkładów żelowych. Na szczęście nie musimy tego robić po każdym użyciu, bo turban nie brudzi się, a nasze włosy są zabezpieczone foliowym czepkiem. Jego użycie jest higieniczne, dlatego może z niego korzystać kilka osób. Spokojnie możemy się nim podzielić z mamą, siostrą, czy koleżanką.


Jakie efekty możemy zaobserwować po używaniu masek wraz z turbanem? 
Ano, widać gołym okiem, że włosy pod wpływem ciepła i maski działającej na nie, są bardziej odżywione i lśniące. Turban powoduje, że maska jeszcze bardziej penetruje nasze włosy i efekt można zauważyć już po pierwszym zastosowaniu. Różnica nie jest spektakularna, ale jednak widoczna. Włosy wyglądają lepiej, niż przy użyciu samej maski, bez ingerencji turbanu.
Myślę, że to fajny gadżet dla każdej kobiety, która dba o swoje włosy, szczególnie dla wszystkich włosomaniaczek, oraz tych, które potrzebują silniejszej i szybszej regeneracji swoich włosów.

Turban termalny można nabyć na stronie producenta HairSpa oraz na allegro. 

Jest to nowość na polskim rynku, a turban dostępny jest w sprzedaży od października. Jego koszt to 98zł, ale aktualnie trwa Halloweenowa promocja i możecie kupić go za 80zł, a koszty przesyłki są darmowe :)

 Myślicie, że warto mieć taki gadżet w domu?

22 paź 2014

Uroda, Melisa - tonik bezalkoholowy

Toniki do twarzy stanowią nieodłączny element mojej codziennej pielęgnacji. Bardzo lubię po każdym myciu przetrzeć twarz zmoczonym wacikiem, a moja skóra jest mi za to wdzięczna. Dzisiaj zapraszam Was na recenzję produktu, który w ostatnim czasie wyjątkowo dobrze się spisywał.


Mowa tutaj o toniku firmy Uroda, który kupiłam jeszcze w lipcu w Naturze, dosłownie za kilka złotych. Pamiętam, że był wtedy na promocji, a ja byłam na kupnie jakiegoś toniku do twarzy i z ciekawości wrzuciłam go do koszyka.


Już na początku w jego składzie możemy znaleźć ekstrakt z zielonej herbaty, który zawiera witaminy B, C, K, P i znany jest ze swoich właściwości przeciwzmarszczkowych. Dalej mamy ekstrakt z melisy, który wykazuje działanie regenerujące i uspokajające. Jest też pantenol i alantoina oraz konserwanty.


Tonik znajduje się w prostej, plastikowej butelce i ma lekko zielony kolor. Mały otwór precyzyjnie dozuje na wacik odpowiednią ilość produktu, nawet po kropelce. Zapach bardzo przypadł mi do gustu - jest to świeży, lekko herbaciany aromat, który wprawia w przyjemny nastrój i może uzależniać :)

Jeśli chodzi o podstawowe funkcje toniku, czyli odświeżenie, łagodzenie i nawilżenie, to wszystkie zostają spełnione. Używa się go bardzo przyjemnie, bo tonik nie tylko wywiązuje się ze swoich założeń, ale ma także bardzo ciekawy zapach. Po użyciu czuć na twarzy lekkie nawilżenie i odświeżenie, a tonik fajnie łagodzi ściągnięcie twarzy po umyciu. Nie szczypie w oczy, nie lepi się na buzi, ani nie pieni. Na samym początku, przy pierwszych użyciach, tonik zapienił mi się kilka razy na twarzy i pomyślałam, że przez to nie do końca się polubimy. Potem ten efekt nagle znikł i już do końca opakowania nie zauważyłam, żeby się pienił. Tonik nie wywołał żadnych podrażnień i mogę śmiało go polecić wszystkim osobom z wrażliwą cerą i oczami. Dodatkowo, można go kupić w większości drogerii za dosłownie kilka złotych, a kiedy bywa na promocji są to naprawdę groszowe sprawy.
Z tego co wiem, niedawno skład oraz butelka tego toniku zostały zmienione i wersja przedstawiona dzisiaj jest już tą nową. Moim zdaniem obydwie zmiany są jak najbardziej na plus. Z zakręcanej butelki, do opakowania z zatrzaskiem, a w środku możemy znaleźć więcej ekstraktów, bo weszły na wyższe miejsce w składzie.
Toniku wystarczy mi jeszcze na kilkukrotne użycie i zapewne sięgnę po niego ponownie. Spisuje się bardzo dobrze i jestem z niego bardzo zadowolona, a jego herbaciany zapach bardzo mi się spodobał :)


12 paź 2014

Nowe, większe pojemności żeli Original Source

Nie wiem, czy wiecie, ale od niedawna w drogeriach dostępne są większe opakowania żeli pod prysznic Original Source. Ich pojemność została podwojona i teraz możemy się cieszyć dwa razy dłużej swoim ulubionym żelem :)



W moje ręce wpadły dwa zapachy o pojemności 500ml : wanilia&malina oraz mango&macadamia.
Żele, które dostałam od Original Source wraz z materiałową torbą, mogliście oglądać w nowościach sierpnia. Dzisiaj opowiem Wam o dwóch większych żelach.


Wanilia&malina to zapach bardzo słodki, ale nie mdły. Według producenta jest to połączenie dojrzałych i soczystych malin, ze słodyczą i aromatem wanilii, które może zamienić się w pianki marshmallow. I rzeczywiście jest to bardzo piękny zapach i słodziutki, jak jego różowa butelka. Mi przypomina jakiś owocowy budyń i chciałoby się go zjeść, bo pachnie bardzo apetycznie. Można go wąchać i wąchać :)
Szkoda, że zapach po kąpieli nie zostaje z nami na dłużej, tylko szybko się ulatnia i możemy się nim cieszyć jedynie pod prysznicem. Jeśli chodzi o jego właściwości, to żel dobrze oczyszcza ciało, a przy tym umila kąpiel swoim słodkim zapachem. Czasami słabo się pieni, ale całą sprawę załatwia gąbka, która wytworzy nam dużo aksamitnej piany.
Fajne jest także przesłanie, które możemy znaleźć na odwrocie butelki: "82 brytyjskie wschody słońca pozwoliły nam połączyć w pełni dojrzałe i soczyste maliny ze słodyczą wanilii, tworząc nawilżający żel pod prysznic. Jego zaskakujący zapach zmieni rutynowy prysznic w codzienną przyjemność".
Dla mnie prysznic przy użyciu tego żelu rzeczywiście jest przyjemny, bo zapach bardzo trafia w mój gust.



Jeśli chodzi o zapach mango&macadamia to również należy on do słodkich, jednak jest jednocześnie otulający. Myślę, że fajnie sprawdzi się teraz, kiedy nadeszła do nas jesień. Zapach ma w sobie coś zarówno ze słodyczy z odrobiną orzecha, co powoduje, że jest to ciepły i przyjemny aromat. Całość jest skomponowana tak, że żel pachnie naprawdę pięknie.
Sam żel pod prysznicem zachowuje się identycznie jak jego poprzedni kolega, czyli dobrze oczyszcza ciało i wytwarza pianę z pomocą gąbki, przy czym zapach nie zostaje z nami na dłużej.
Tym razem producent serwuje nam inne sformułowanie na odwrocie butelki: "Owoc mango, który użyliśmy do stworzenia tej butelki żelu pod prysznic dojrzewał na 287- letnim drzewie! Soczyste połączenie mango i orzechów makadamia to bardzo smakowity duet - uważaj, żeby przez pomyłkę go nie wypić!" Całość rzeczywiście jest bardzo smakowita i żelu używa się bardzo przyjemnie, trzeba jednak pamiętać o nawilżaniu, bo ma tendencję do wysuszania skóry.


Nowe pojemności żeli pod prysznic Original Source dostępne są w sprzedaży prawdopodobnie od sierpnia, a ich cena to 11,99zł za 500ml. Aktualnie w Rossmannie trwa na nie promocja i można je kupić za 8,99zł.

Jak myślicie, który zapach bardziej przypadłby Wam do gustu?


3 paź 2014

DIY - Organizer na pomadki

Jeśli tak jak ja, macie mało pomadek, lub akurat wyjęłyście wszystkie jesienne odcienie, których będziecie aktualnie używać, a nie macie gdzie ich ulokować, to ten post będzie dla Was :)

Chciałam pokazać Wam dzisiaj bardzo łatwy pomysł na samodzielne wykonanie organizera na pomadki, przy pomocy tego co mamy w domu :)
Nie jestem autorem tego pomysłu, znalazłam go w internecie i spróbowałam odtworzyć, a jak wyszło, oceńcie same :)


Do tej pory moje pomadki nie miały swojego konkretnego miejsca. Leżały w jednym pudełku razem z błyszczykami, a te które znajdowały się na spodzie były przeze mnie rzadko używane i postanowiłam, że coś dla nich wymyślę. Miałam w domu puste pudełko po Ferrero i wpadłam na pomysł, że właśnie ono będzie nowym domem dla moich pomadek. Niestety, mogły one tam tylko leżeć, bo na stojąco szybko się przewracały. Marzył mi się organizer, w którym wszystkie pomadki będą wyeksponowane, a nic bardziej nie cieszy jak własny wysiłek w stworzeniu czegoś fajnego.
Wertując internet w poszukiwaniu pomysłów znalazłam fajny pomysł na stworzenie podziałki z tektury. Pokrótce opiszę Wam co należy zrobić po kolei.

CO BĘDZIE NAM POTRZEBNE?
- pudełko - w zależności ile mamy pomadek - może to być nawet pudełko po butach, lub tak jak moje po Ferrero.
- tektura - im większe pudełko, tym więcej
- nożyczki, ołówek, linijka ( ja nie mogłam znaleźć linijki, ale dobrze spisał się metr krawiecki)


No i zabieramy się za tworzenie podziałki z tektury, którą wsadzimy do pudełka :)

Krok 1. Złotko, które znajdowało się na dnie pudełka posłużyło mi jako miara długości i szerokości przegródek. Na małe pudełko z Ferrero odmierzyłam dwa paski z długości i pięć pasków z szerokości złotka, a ich szerokość to mniej więcej połowa wysokości pomadek.
Następnie wycinam paski z tektury.


Krok 2. Na każdym z pasków odmierzam równe odstępy i nacinam je.


Krok 3. Tak samo postępuję z krótszymi paskami, które będą tworzyć podziałki na szerokość pudełka. Gdy wszystkie 7 pasków mam już nacięte, rozpoczynam wkładanie jednych w drugie.


Krok 4. Tak powstaje gotowa przegródka, która możecie zobaczyć na zdjęciu po lewej, a po prawej wsadzona do pudełka po Ferrero.


Do gotowego organizera wkładam swoje pomadki, a całość przyozdabiam czerwoną tasiemką i gotowe! :) 
Teraz mam pewność, że pomadki będą stały cały czas w tym samym miejscu, nie przewrócą się w pudełku, a ja będę je mieć wszystkie na wierzchu :) Całość prezentuje się tak:


Do małego pudełka po Ferrero zmieści się 18 pomadek. Kiedy moja kolekcja trochę się powiększy, spróbuję odtworzyć ten sam pomysł na większym opakowaniu :)
Jeżeli wasza kolekcja pomadek jest dużo większa spokojnie możecie wykorzystać większe pudełko, np. po Glossy Boxie, czy po butach, ale wtedy wycinania też będzie trochę więcej. Myślę, że to fajny i tani sposób na stworzenie własnego organizera, w którym nasze pomadki będą się ładnie prezentować na stojąco :)


27 wrz 2014

Mario Luigi - flat top

Chciałabym Wam dzisiaj przedstawić pędzel typu flat top, który przywędrował do mnie ze spotkania blogerek od firmy Mario Luigi. Jesteście ciekawe jak się spisuje?


Ogólny wygląd
Pędzel wykonany jest z miękkiego syntetycznego włosia, a trzonek z bambusa. Widać, że został on wykonany z dbałością i precyzją, bo podczas użytkowania pędzel nie rozkleja się, a włosie z niego nie wypada.
Bardzo podoba mi się to, że pędzel jest niewielkich rozmiarów. Jest krótki, bo ma zaledwie 11 cm, przez co spokojnie zmieści się do podróżnej kosmetyczki i nie zajmie dużo miejsca.



Jak widzicie pędzel ma bardzo dużo włosia, jest ono zbite i sztywne. Jego końcówka ma miękkie włosie, ale nie należy ono do najbardziej miękkich z jakimi miałam do czynienia. Pędzle Hakuro są zdecydowanie bardziej miękkie i przyjemniejsze w dotyku. Nie przeszkadza to jednak w jego użytkowaniu, bo pędzel nie drapie.



Nowy flat top zapakowany był w przezroczyste, plastikowe opakowanie, które idealnie sprawdzi się w podróży, czy nawet do przechowywania pędzla. Mamy pewność, że podczas transportu włosie się nie powygina, a pędzel nie zmieni kształtu.



Użytkowanie
Stosowałam ten pędzel zarówno do nakładania podkładu płynnego, mineralnego jak i pudru. Chciałam w ten sposób sprawdzić, czy rzeczywiście jest tak funkcjonalny i nadaje się do nakładania różnych konsystencji.

Jeśli chodzi o podkład płynny to pędzel spisuje się bardzo dobrze. Jest na pewno bardzo pomocny podczas aplikacji i możemy nim uzyskać idealnie rozprowadzony podkład, bez smug i plam. Daje na buzi bardzo naturalny efekt. Niestety przez swoje gęste włosie pędzel lubi pić podkład i zużywa się go trochę więcej, niż podczas nakładania palcami. Jest na to rada - należy pamiętać, żeby przed aplikacją podkładu lekko zwilżyć włosie, na przykład wodą termalną.

Nie mam natomiast zastrzeżeń co do aplikacji produktów sypkich, takich jak podkład mineralny, czy puder. Myślę, że pędzel sprawdzi się nawet lepiej w przypadku takich produktów, bo włosie nie jest w stanie ich wchłonąć, a produkt się nie marnuje. Bardzo fajnie rozprowadza podkład mineralny i dobrze wciera go w skórę. Efekt jaki uzyskujemy również jest bardzo naturalny.


Pędzla flat top używa mi się dobrze, zarówno do podkładów płynnych jak i sypkich. Dzięki temu, że pędzel jest zbity i ma dużo włosia, dobrze nadaje się do nakładania obydwóch konsystencji, jednak w moim odczuciu lepiej sprawdzi się przy produktach sypkich.
Pędzel flat top oraz inne produkty od Mario Luigi można nabyć jedynie na allegro TUTAJ, a jego cena to 16,50zł.



Używacie pędzli typu flat top? 

18 wrz 2014

Bielenda, Polinezja SPA - wyszczuplający mus do ciała

Są czasem kosmetyki, które nie zachwycają niczym szczególnym, ale też nie są spisane całkiem na straty. Dzisiejszy kosmetyk jest właśnie takim, który nie powalił mnie na kolana, ale też nie okazał się kompletnym bublem. Dlaczego? Zapraszam do czytania :)


Mus do ciała od Bielendy zamknięty jest w dużym słoju. Bardzo lubię takie opakowania, bo zawsze wykorzystam kosmetyk do samego końca. Podoba mi się też jego szata graficzna, która na pewno zachęca do zakupu i wygląda dosyć oryginalnie.

Skład musu też nie jest najgorszy, bo na trzecim miejscu mamy masło shea, jest też gliceryna, ekstrakt z kwiatów ochideii, algi Laminaria, olej kokosowy i alantoina. 



No i teraz przejdźmy do konkretów. Po pierwsze czytając na opakowaniu, że jest to mus do ciała oczekiwałam lekkiej i piankowej konsystencji, podobnej do sławnego czekoladowego deseru.
Największym rozczarowaniem było to, że w niczym nie przypomina on wcześniej wspomnianego musu. Jest to konsystencja bardzo rzadka i wodnista, wręcz lejąca się, która przemieszcza się w słoju brudząc go naokoło. Po nieumyślnym przechyleniu słoja na bok, mus jest w stanie się z niego wylać, co prawda powoli ale jednak.
Myślę, że najlepszym określeniem jego konsystencji byłoby nazwanie go mleczkiem do ciała.

Jako, że mus ma rzadką konsystencję, łatwo się rozsmarowuje na skórze i bardzo szybko wchłania. Nie pozostawia na skórze tłustego filmu, a skóra jest bardzo delikatnie nawilżona. Dla mojej wymagającej skóry nawilżenie okazało się trochę za słabe i musiałam używać go więcej. Mimo to, pozostawiał skórę delikatną i miłą w dotyku. Plusem jest na pewno to, że nie pobrudzi nam ubrań, czy piżamy, bo wchłania się całkowicie. Jest więc jest fajnym rozwiązaniem, kiedy spieszymy się rano, a chcemy coś wklepać w skórę. Myślę, że dla tych, które nie mają przesuszonej skóry, będzie wystarczający.

Jest jednak rzecz, która mi się w nim spodobała i jest to zapach - bardzo delikatny, świeży i przyjemny. Podczas smarowania się, czuć go wszędzie, ale nie jest nachalny dla nosa. To trochę połączenie świeżości z kwiatową nutą zapachową.
Jednak sam zapach nie wystarczył, bym zachwyciła się tym kosmetykiem i zdecydowała na ponowne jego używanie.
Względy pielęgnacyjne są dla mnie jednak ważniejsze, niż zapach i drugi raz bym się na niego nie zdecydowała.
Gdybym go miała krótko podsumować, powiedziałabym, że mus nie jest zły, ale też szału nie robi, ot przeciętny balsam o ładnym zapachu :)

Znacie któryś z kosmetyków Bielendy z serii Polinezja SPA?